Menu

Od Ludwika i Franciszki - Blog Wróblewskich

Rodzina, rodzina, rodzina, ach rodzina.Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest,Lecz kiedy jej nimaSamotnyś jak pies...

Tak było... wspomnienie wojenne Cioci Jasi

paaulap

Dzień Dobry Rodzino :)

Dziś wpis bardzo poważny, osobisty i ważny... Żałuję, że takich wspomnień od seniorów nie mamy zbyt wielu, ale ten przyznam, że wbił mnie w fotel. Część z Was na pewno zna tę historię. Być może była przekazywana i słyszeliście ją w jakichś szczątkowych wersjach, być może czytaliście już kiedyś, być może...

A być może na części z Was zrobi to takie wrażenie, jakie zrobiło na mnie kilka tygodni temu, kiedy pierwszy raz przeczytałam w całości i przez chwilę przeniosłam się w czasie do dramatycznych chwil, jakie przeżywali nasi rodzice, dziadkowie, pradziadkowie.

Kiedy przepisywałam ją wczoraj, wydawało mi się, że mam już to "przerobione". Przecież niedawno przeczytałam więc już wszystko wiem... A jednak. Łzy same cisnęły się choć do specjalnie emocjonalnych osób wydawało mi się, że nie należę. Ogromnie się cieszę, że kilka lat temu udało się namówić Ciocię Jasię, żeby podzieliła się tak trudną historią rodzinną.

Przeczytajcie...

 

Jestem siódmym dzieckiem rodziny Wróblewskich. Moja rodzina składała się z dziesięciu osób - rodzice oraz ośmioro rodzeństwa w wieku od 4 do 26 lat. Rodzinny dom stoi do dnia dzisiejszego we wsi Jeleniów - Pniaki nr 73. W tym dwuizbowym domu w marcu 1944 r. rozegrały się dramatyczne wydarzenia.

Był wczesny ranek, wieś jeszcze spała. Do drzwi naszego domu ktoś nagle się zaczął dobijać. Wydawało się, że drzwi pękną. Tato wyskoczył z łóżka, spojrzał w okno i krzyknął, że otoczyli nas Niemcy. Widział przez okno klęczących Niemców z bronią gotową do strzału. Dwaj moi bracia - 26-letni Staszek i 24-letni Tadek schowali się pod podłogę - tam, gdzie zazwyczaj ukrywane były rzeczy przed nocnymi bandytami. Żeby puste łóżko nie rzucało się w oczy, położył się tam 19-letni Józek i wtedy tata otworzył drzwi. W drzwiach stanęli ludzie z piekła rodem w hełmach, z półksiężycami zawieszonymi na piersiach. Jeden z Niemców miał w ręku listę i po polsku wyczytał imiona Stacha i Tadka oraz ich wiek. Widząc, że ich nie ma, zapytali gdzie są.

- Syn Stanisław nie wrócił z kawalerki, a syn Tadeusz wyjechał do Warszawy - odpowiedział tato.

- Bandyci! - krzyknął Niemiec.

Niemcy rozpoczęli "swoją" robotę. Zaczęli od przesłuchania najstarszej siostry Marii, która wtedy miała 14 lat. Byli dla niej bardzo mili, dostała nawet czekoladę, pytali ją, który z braci najlepiej strzela, gdzie chowają karabiny i jakich mają kolegów. Siostra odpowiedziała, ze bracia nie mają żadnej broni, a co do kolegów to wymieniła kilku chłopaków ze wsi, w tym wywiezionych do przymusowej pracy w Niemczech. Siostrze dali spokój.

Zabrali się za Józka. Z nim nie obchodzili się już tak łagodnie. Bili go, wrzeszczeli, że kłamie, bo siostra mówiła inaczej,chcieli go zmusić do pokazania skrytki, w której schowane były karabiny. Józef odpowiadał niemal dokładnie tak samo jak Maria, ale on w podziękowaniu otrzymywał silne ciosy. W międzyczasie inna grupa Niemców była na podwórku, pozostali wyrywali futryny z okien i ostukiwali ściany w poszukiwaniu schowków - szukali oczywiście broni. W pewnym momencie jeden ze Szwabów chwycił ciężką paczkę i prawdopodobnie sądząc, że jest w niej amunicja, zawartość wysypał na podłogę. Były w niej gwoździe i wszelkiego rodzaju podkówki, żabki do butów itp. Rzeczy te należały do Tadka, który był szewcem. Szwab był ciężko zawiedziony.

Mamy nie przesłuchiwali - siedziała w łóżku, otoczona małymi dziećmi,wzdychała głęboko do Boga, uciszając płaczące dzieci. W pewnym momencie wprowadzili do izby tatę z przesłuchania. Był zmęczony, obolały i ledwo trzymał się na nogach. Powiedział, że Niemcy podjęli decyzję o rozpoczęciu poszukiwań Stacha, w których on również ma uczestniczyć. Dochodziło już południe i wydawało im się to mocno podejrzane, że nie wrócił jeszcze z kawalerki. W trakcie przesłuchania tata zeznał, że syn chodzi do dziewczyny, która mieszka w pobliżu leśniczówki i nazywa się Genowefa Lipko. Szybko przygotowano dwie furmanki, na które wsiedli uzbrojeni Niemcy, a za przewodnika wzięli tatę. Podczas jazdy tata przeanalizował jeszcze raz położenie, w jakim się wraz z rodziną znalazł i zdecydował się powiedzieć prawdę. Prawda i tak musiała się wydać. Ojciec wiedział, że za kłamstwo jest tylko jedna kara - śmierć, więc podjął decyzję, że woli umrzeć będąc razem z rodziną. Zaczął więc wyjaśniać Niemcom prawdę jednocześnie przepraszając za kłamstwo. Powiedział, że synowie, których szukają, ukrywają się pod podłogą.

Początkowo Niemcy w ogóle nie krzyczeli na niego, nawet nie podnosili głosu. Kazali jedynie woźnicy zawrócić. Po powrocie do domu rozpoczęło się prawdziwe piekło. Tata wszedł do pokoju,wyjął właściwą deskę i zawołał do braci:

- Wychodźcie! Powiedziałem im, że tam jesteście.

Równocześnie Niemcy zaczęli repetować broń, słychać było złowrogie szczekanie zamków karabinów. Hitlerowcy stanęli dokoła włazu i skierowali lufy karabinów do otworu w podłodze. W domu rozległ się przeraźliwy krzyk mamy, zeskoczyła ona z łóżka i zaczęła błagać najeźdźców, bu nie zabijali jej synów, którzy nie są żadnymi bandytami. Niemcy odpychali od siebie błagającą mamę oraz dzieci. Czteroletni Marian wrzeszczał na łóżku,gdyż został tam sam. Nas odrzucali byle dalej od siebie.

Chłopcy schowani od podłogą długo stamtąd nie wychodzili, ponieważ nie mogli znaleźć wyjścia. Słysząc, co się dzieje nad nimi podczołgali się na drugi koniec domu i tam podkopali się wydłubując kilka kamieni z podmurówki, by w razie pożaru podjąć próbę ucieczki.

- Lepiej zginąć od kul, niż usmażyć się w płonącym domu - tak myśleli w tamtej chwili. Tato ponowił prośbę, by opuścili kryjówkę. Jeden z Niemców zaświecił w otwór latarką, to pomogło braciom odnaleźć drogę powrotną i w końcu doczołgali się do wyjścia.

 Pierwszy wyszedł Stach i nim zdążył się podnieść, otrzymał silne ciosy w głowę. Zachwiał się i upadł, a z nosa zaczęła mu się sączyć krew. Chwilę później wyszedł Tadek i też nieźle oberwał. Obaj byli przemarznięci, brudni, a ich włosy oblepione były pajęczyną i innymi śmieciami. Niemcy sądzili, że pod podłogą jest więcej osób - bandytów. Zaczęli wyrąbywać deski podłogowe, ale oczywiście nikogo już nie znaleźli. Tata wyjaśnił im, że w nocy grasują bandyci i zabierają lepszą odzież, buty i żywność - mąkę i cukier. W  celu ukrycia posiadanych rzeczy przygotowany został ten schowek.

W czasie rąbania podłogi odbywały się przesłuchania Tadka, Stacha i taty. Maltretowali chłopaków, stawiali ich twarzą do ściany, znów pytali i znów bili. Sąsiedzi wiedząc o wizycie okupantów, nie mogli patrzeć przez okna, nasłuchiwali tylko kiedy padną strzały. Pytania dotyczyły schowka pod podłogą.

- Ile się tam chowało bandytów? Gdzie ich karabiny?

Bracia jakby umówieni, odpowiadali to samo. Niemiec,który przesłuchiwał tatę również nic z niego nie wydobył. W przypływie wściekłości złapał tłuczek (do ugniatania ziemniaków dla świń) i wrzasnął:

- Mów,bo cię zabiję!

- Jesteśmy przygotowani na śmierć - odpowiedział tata. Niemiec rzucił tłuczek w kąt i po polsku się odezwał:

- Jeszcze dziś będziesz miał tego, kto cię niewinnie oskarżył. Tylko trzymaj język za zębami.

W tacie błysnęła nadzieja życia, ale nie mógł tego nikomu przekazać.Chłopaków wyprowadzili już kolejny raz. Z każdym razem wracali coraz bardziej zakrwawieni, a koszule ich były już właściwie fruwającymi strzępami. Tadek poprosił, by pozwoli mu się omyć - nie pozwolili. Sam więc wziął miskę, nalał do niej wody i zawołał Stacha:

- Chodź, umyjemy się, by jakoś wyglądać po śmierci.

Umyli się. Niemcy nie zareagowali. Kiedy najmłodszy brat Marian zobaczył ich całych zakrwawionych, wyciągnął ręce, chcąc by Stach go przytulił - ale na to oprawcy już nie pozwolili. Stach, ponownie, nie pytając o zgodę,podszedł do szafy,otworzył ją i z kieszeni jesionki wyjął cukierki, które podał dziecku. Za ten czyn dostał kilka kopniaków.

W trakcie przesłuchiwania Niemcy twierdzili, że widziano Stacha i Tadka idących w ostatnią niedzielę przed wieczorem z grupą kolegów (bandytów) do lasu. Stach stanowczo temu zaprzeczył i wyjaśnił, że w niedzielę, zaraz po obiedzie, poszedł do swojej dziewczyny - Lipkówny i wrócił późno w nocy.

Około godziny 14 Niemcy postanowili sprawdzić wyjaśnienia Stacha. Wsiedli na dwie furmanki, zabrali ze sobą brata i odjeżdżając polecili mamie ugotować obiad. Część Niemców oczywiście została w domu. Józek poprosił, by pozwolili mu napoić konia i dać bydłu paszę. Zgodzili się. Początkowo chodzili za nim krok w krok i obserwowali, co robi, ale po pewnym czasie wyraźnie im się to znudziło i nawet przestali śledzić za nim wzrokiem. Jeden z Niemców zaczął bawić się z małym Marianem i nawet dbał o to, by chłopiec nie wpadł do dziury przez wyrąbane w podłodze deski. Okazało się, że oni wszyscy dobrze mówili po polsku - nie tylko tłumacz.

Stach tymczasem jechał z Niemcami do Lipków. Jeden z hitlerowców zapytał go, gdzie mieszka Tadeusz Czerwiński. Akurat przejeżdżali koło domu Stanisława Czerwińskiego - brata Tadeusza.

- Tu mieszka Stanisław Czerwiński,brat Tadeusza z żoną i dwiema córkami. Tadeusz zaś mieszka z matką pod lasem. O tam! - pokazał ręką. Niemcy zabronili pokazywania. Chcieli więcej dowiedzieć się o tej rodzinie. Stach stwierdził:

- Ach, to on! To on nas niesłusznie oskarżył! Do domu Lipków będziemy przejeżdżać jeszcze przez dwie wsie. Proszę, wejdźcie do dowolnych domów i spytajcie, co sądzą o Wróblewskich, a co o Czerwińskich.

Niemcy zatrzymali się na krótko przy trzech domostwach. Po drodze Stach zobaczył Edka Karbowniczka. Chciał poprosić Niemców o możliwość zamienienia z nim dwóch słów, ale Edek był szybszy.

- Stachu, jak dobrze, że cię widzę. Ja właśnie do was idę - krzyknął Edek. - Trzeba, żeby od was ktoś poszedł do Słupi do Niemców, o tu mam kartkę! Gdzieś w Jeleniowie odkryli wielką bandę. Kartkę wziął Niemiec, przeczytał i porwał. Kazał Edkowi natychmiast wracać do domu. Przez całą drogę Niemcy rozmawiali ze Stachem. W końcu dojechali do Lipków, wyprowadzili Lipkę na podwórko i zaczęli przepytywać. Przesłuchanie Lipki trwało bardzo krótko. Pytali oczywiście o Stacha. Lipka mówił niemal dokładnie to samo, co Stach.

 W domu można było powoli wyczuć cień szansy na przeżycie tego koszmaru. Niemcy kazali Tadkowi postarać się o wódkę. W domu nie było alkoholu,więc Tadek poprosił o pozwolenie pójścia do sąsiedniej wsi - Dębniaka. Niemcy zgodzili się. Poszedł więc tak jak stał - zakrwawiony i w podartej koszuli. Wódkę można było dostać tylko u Mazura i tam Tadek się udał.

Samopoczucie domowników poprawiało się. Sąsiadki naznosiły jaj, zaczęły gotować obiad, rosół pachniał w całej chacie. Dziury w podłodze zostały prowizorycznie zastawione, stół nakryto śnieżnobiałym obrusem i zrobiło się bardzo przyjemnie. Niemcy szwargotali między sobą czort wie o czym i zaczynali już nerwowo wyglądać na Tadka, bo wyprawa po wódkę przedłużała się. W końcu brat przyszedł i przyniósł dwa litry samogonu. Niemiec,który wcześniej go przesłuchiwał i bił, zaczął go za to przepraszać i widać było, że szczerze żałował.

Tymczasem Niemcy, którzy ze Stanisławem byli u Lipków, podjechali pod dom Tadeusza Czerwińskiego. Dom był zamknięty więc podpalili go. W płonącej chacie wybuchały granaty i drobna amunicja. Mama stała przy piecu i mimowolnie, odruchowo głęboko westchnęła słysząc dalekie wybuchy. Podszedł do niej Niemiec i zapytał:

- Czego ich żałujesz? Myśmy do was spalić wasz dom i wy leżelibyście całą rodziną teraz martwi w ogródku. My i tak łagodnie się z wami obchodziliśmy.

Wrócili Niemcy spod lasu bardzo zdenerwowani i w ich szwargocie, kiedy rozmawiali ze sobą, bardzo często słychać było słowo "bandit". Podczas obiadu zachwalali rosół i smaczne mięso oraz gospodynie (dwie młode sąsiadki). Byli teraz mili, żartowali, można powiedzieć, że nagle zmienili się w anioły.

Patrząc z perspektywy czasu jestem przekonana, że nad tym wszystkim kierowała opatrzność boska. Nie słyszałam, żeby gdziekolwiek zdarzyło się, by Niemcy zostawili ludzi żywych. Z całą pewnością to, co się stało,mogę nazwać cudem. Rodzice byli bardzo wierzący i dzieci wychowywali w głębokiej wierze - po katolicku.

 Podczas obiadu przyszedł do naszego domu brat Tadeusza Czerwińskkego - Stanisław z żoną i dwiema córeczkami - dwuletnią Danusią i czteroletnią Marysią. Upadł przed tatą na kolana i błagał o przebaczenie. Niemcy zdurnieli. Pytali co to znaczy i kto to jest. Tata odpowiedział, że to Stanisław, brat Tadeusza, uczciwy człowiek - pracuje w kopalni w Rudkach. Niemcy pokiwali głowami ze zrozumieniem. Przekazali Czerwińskiemu, że najpóźniej  w ciągu czterech dni ma przyprowadzić brata do niemieckiego sztabu w Nowej Słupi. Nakaz ten nałożony był na całą wieś. Jeżeli w tym czasie mieszkańcy Jeleniowa nie wywiążą się z wyznaczonego zadania, to żandarmi przyjdą i spalą całą wieś, a Stanisława zabiją. Czerwiński obiecał, że znajdzie brata i ze łzami radości wrócił z córkami do domu.

Po obiedzie i wypiciu po dwa kieliszki wódki, Niemcy postanowili zabrać tatę do Słupi na zeznania przed starszyzną niemiecką. Stach poprosił, żeby to on mógł pojechać, gdyż tata jest chory i bardzo zmęczony wydarzeniami dzisiejszego dnia. Niemcy wyrazili zgodę. Wsiedli na wozy, a kiedy Stach chciał pożegnać się z rodziną, Niemcy obiecali, że najpóźniej za dwie godziny będzie z powrotem w domu i pojechali. Po drodze dla zabawy strzelali do wron.

Po odjeździe Niemców,wszyscy odetchnęli z ulgą i zaczęło się normalne życie. Nagle Tadek zauważył gruby zeszyt, który zostawili Niemcy. Złapał go szybko i pobiegł za wozami.Nie musiał daleko biec. Wiosenne roztopy i błota nie sprzyjały szybkiej jeździe. Oddał Niemcowi zeszyt, ten wyjął z niego listę, na której wypisane były nazwiska rodzin z Jeleniowa. Było na niej trzydzieści pozycji. Pod numerem pierwszym była rodzina Wróblewskich, pod drugim Mordonów.

Po zwróceniu zeszytu Tadek poszedł do swojego kolegi Sławka, którego brat był leśniczym w Jeleniowie. Kiedy szedł przez las, spotkał gajowego. Gajowy zdziwiony i przerażony wyglądem Tadka zapytał:

- Kto cię tak paskudnie urządził?

Usiedli na pniu i Tadek zaczął opowiadać. Gajowy stwierdził, że musi iść do domu po dubeltówkę. Powiedział, że całkiem niedawno spotkał Tadka Czerwińskiego, który wyglądał na bardzo wystraszonego i mówił, że u Wróbli "coś się dzieje". Długo nie rozmawiali. Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, od lasu naszym polem w kierunku domu zbliżało się dwóch ludzi. Z daleko można było odnieść wrażenie, że są pijani. Kiedy podeszli bliżej, okazało się, że to gajowy prowadził Tadzia Czerwińskiego, który im bliżej naszego domostwa, tym większy stawiał opór - nie chciał iść, prosił gajowego, by ten zastrzelił go na miejscu. W końcu doprowadził go do naszego domu. Mama zaczęła mu wypominać, że był przez wiele osób rozpoznany, kiedy rabował z bandziorami.

- Ostatnio sama dałam ci klucze do piwnicy - powiedziała mama - Już nie można było znaleźć miejsca, gdzie przed tobą można było schować rzeczy. W dzień robiłeś przegląd wsi, a w nocy rabowałeś ze swoimi koleżkami. Ty bandyto!

Obraził się, a siostra go uderzyła. Zaczął się wtedy odgrażać, że jeszcze się policzymy. Zawiadomiono zaraz jego brata - Stanisława Czerwińskiego i na drugi dzień zaraz z Władysławem Kosmalą zaprowadzili do Niemców.

Powoli zapadał zmrok, w domu robiło się gwarno od ludzi. Mężczyźni skręcali machorkę i palili papierosy. Dym szczypał w oczy, a otwarte drzwi nie do końca spełniały rolę wentylatora. Dawało się wyczuć atmosferę nerwowego oczekiwania na Stacha. Wreszcie się zjawił. Byliśmy szczęśliwi, bo wszyscy razem wyszliśmy cało z koszmaru. Gdzieś z kąta dał się słyszeć głos Kosmali:

- Stasiu, psiakrew, opowiadaj, czy cię bili?

- Nie, nie bili - odpowiedział brat. Zanim zaczął opowiadać, stanął na środku izby, wyciągnął koszulę zza pasa, skąd zaczęła się sypać machorka, papierosy, a nawet cygara. Wokół niego powstało koło. Och! Radości nie było końca. Palili niemiecki tytoń. Kosmala nalegał, by Stach opowiedział, co się z nim w Słupi działo. Stach zaczął mówić:

- Dojechaliśmy do gościńca. Niemcy byli rozweseleni, chyba zaczął działać na nich alkohol, bo strzelali do wron, ale nie za dużo, gdyż mieli limit amunicji. Po drodze pouczali mnie, jak mam się zachowywać u ich szefa.

- No to jak miałeś zachowywać się? - zapytał Jan Mordon, który ukrył karabiny w sieczkarni.

- Miałem mówić wszystko jak było, czyli do końca prawdę, że bardzo nas bili, że ojciec nie mógł przyjechać, bo był bardzo słaby. Im bliżej Słupi, tym bardziej trząsłem się z zimna. Wreszcie stanąłem przed drzwiami kata. Niemcy, z którymi przyjechałem zostali na korytarzu. Tłumacz wprowadził mnie do pokoju, stanąłem przy drzwiach. Przy stole siedział Niemiec. Pomyślałem sobie, że to pewnie sam Lucyfer. Po pewnym czasie wstał z krzesła, podszedł do szafy, zdjął z niej harap i położył na stole. Widząc to, przeszły mi ciarki po skórze. Oficer coś szwargotał w tłumaczem i nagle ten wyjął z innej szafy dwa kieliszki oraz butelkę wódki. Nalał do połowy kieliszków i kazał mi podejść do stołu, wziąć kieliszek i on też wziął drugi. Wypił pierwszy i mnie też nakazał wypić. Kazał opowiadać jak się Niemcy z nami obchodzili. Zapytałem, czy mam pokazać plecy. Nie chciał oglądać. No to mu powiedziałem - kontynuował opowiadanie Stach - że moja twarz chyba najlepiej o tym świadczy. Jak się z nami obchodzili. Zapytał, dlaczego schowaliśmy się pod podłogę? Powiedziałem prawdę.

- Wywozicie młodych, silnych ludzi na roboty do Niemiec. Ja i Tadek utrzymujemy całą rodziną. Tata jest chory, my pracujemy trochę we dworze, to u bogatych gospodarzy i tak na życie zarabiamy. I to była cała rozmowa.

Niemiec kazał mi wracać do domu. Jak wyszedłem, to ci Niemcy, co wcześniej u nas byli i nas bili, zaczęli mi ładować w kieszenie i za koszulę ten monopol.

Kiedy skończył opowiadać, na chwile poprosił tatę i Mordona na podwórko. Poszedł do obory, pociągnął ręką po strzesze i wtedy wypadł owinięty w ścierkę pistolet. W ulach były schowane jeszcze trzy karabiny.

Długo po tych zajściach dowiedziałam się, co leżało u podstaw działania Tadeusza Czerwińskiego. Nasz tato pełnił w owych czasach funkcję podsołtysa. Do jego obowiązków należało m.in. zgłaszanie mężczyzn w określonym wieku, którzy byli następnie wywożeni na roboty przymusowe do Rzeszy. Zgłosił również synów Tadeusza Czerwińskiego. Ten w ramach zemsty postanowił współpracować z Niemcami i doniósł, że w naszym domu jest przechowywana broń, a Stach i Tadek zajmują się partyzantką. Gdyby Niemcy przez przypadek znaleźli ukrytą broń, prawdopodobnie opowiadania tego nie miałby już kto spisać...

 

 Powyższą historię odnalazłam w książce Leonarda Zyzmana pt. "Świętokrzyskie opowieści, legendy, gawędy". Osobistym Redaktorem Cioci był Patryk

Tyle na dzisiaj

Wasza paulap

 

 

 

 

 

 

© Od Ludwika i Franciszki - Blog Wróblewskich
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci